Zastój w wielkich projektach infrastrukturalnych wywołał na rynku budownictwa przemysłowego niebezpieczną reakcję łańcuchową. Giganci agresywnie walczą o mniejsze zlecenia, drastycznie schodząc z marż. W efekcie najniższa cena w przetargu przestała być okazją, a stała się tykającą bombą. Michał Turek w mocnym wywiadzie obnaża kulisy wojny cenowej w branży, wyjaśnia, dlaczego tradycyjne kosztorysowanie stało się hazardem i podpowiada, na co musi zwrócić uwagę dojrzały inwestor, by uniknąć paraliżu budowy.
Filip Lamański: W sektorze budownictwa przemysłowego robi się coraz goręcej, ale nie z powodu boomu, a raczej brutalnej walki o przetrwanie. Co właściwie dzieje się dzisiaj na rynku?
Michał Turek: Obecna sytuacja w sektorze budownictwa przemysłowego jest bezpośrednią pochodną zastoju w dużych projektach infrastrukturalnych. Firmy, które dotychczas realizowały kontrakty publiczne, agresywnie wchodzą teraz na rynek przemysłowy. Aby utrzymać swój potencjał wykonawczy i nie zwalniać ludzi, drastycznie obniżają marże. Obserwujemy po prostu zjawisko „wycinki cenowej”.
Inwestorzy pewnie się cieszą – dostają tanie oferty. Gdzie tu haczyk?
M.T.: Tak, z jednej strony to korzystny czas dla inwestorów – na rynku panuje wysoka konkurencja cenowa i czuć to przy każdym przetargu. Z drugiej strony należy jednak podkreślić, że dla inwestora najniższa cena ofertowa stała się pułapką, której skutki ujawniają się dopiero na etapie realizacji. Generalni wykonawcy, szukając oszczędności za wszelką cenę, przenoszą presję na podwykonawców i dostawców. To bezpośrednio zagraża płynności finansowej całego łańcucha dostaw.
Widzimy już pierwsze symptomy tego kryzysu: firmy schodzą z budów lub ogłaszają upadłość w trakcie trwania kontraktów. Tanie wykonawstwo okazuje się iluzją.
Dla inwestora zejście generalnego wykonawcy z placu budowy to chyba najgorszy możliwy scenariusz. Z czym to się wiąże w praktyce?
M.T.: Musimy pamiętać, że kontynuacja tej sytuacji na rynku i idące za tym problemy finansowe firm wykonawczych to dla inwestora potężny cios. Konieczność wprowadzenia wykonawstwa zastępczego dla wybranych zakresów lub całkowita wymiana generalnego wykonawcy oznacza ogrom pracy.
Wszystko zaczyna się od żmudnej inwentaryzacji już wykonanych robót i ustalenia ich realnej wartości. Potem trzeba wrócić do etapu przetargu i od nowa wybrać wykonawcę. Wypadkową tego wszystkiego – w zasadzie w każdym przypadku – jest drastyczny wzrost kosztów całej inwestycji, o straconym czasie nie wspominając.
Czy to oznacza, że kryzys ma inne podłoże niż ten z lat 2021–2022, kiedy brakowało rąk do pracy?
M.T.: Zdecydowanie tak. Wtedy mierzyliśmy się z nagłym przerwaniem łańcuchów dostaw i odpływem pracowników. Dziś problemem jest strukturalne niedoszacowanie kontraktów. Firmy biorą zlecenia po kosztach, licząc na to, że „jakoś to będzie”. To klasyczna spirala podbierania sobie rynku, która zawsze kończy się tąpnięciem.
Jakby tego było mało, dochodzą do tego zawirowania geopolityczne. Jak bardzo destabilizują one Państwa codzienną pracę?
M.T.: Sytuację dodatkowo komplikuje niestabilność cen materiałów. Niepokoje na Bliskim Wschodzie wywołały w ostatnim miesiącu gwałtowne wzrosty cen styropianów, płyt PIR, membran oraz przewodów – skoki te sięgają od 15 do nawet 50%. Choć pierwszy kwartał przyniósł ożywienie w liczbie uruchamianych inwestycji, branża operuje obecnie w warunkach skrajnie wysokiego ryzyka.
Przy takich skokach cenowych (nawet o 50%) tradycyjne kosztorysowanie chyba przestaje mieć sens?
M.T.: Dokładnie. Przygotowanie oferty, która ma zachować ważność przez kilka miesięcy, graniczy dziś z hazardem. Jeśli generalny wykonawca podpisał kontrakt „na sztywno” przy minimalnej marży, to nagła podwyżka cen izolacji czy kabli natychmiast wrzuca go pod kreskę. Stąd już tylko krok do porzucenia placu budowy.
Wspomniałeś, że ceny wykonawstwa drastycznie spadły. Do jakiego momentu się cofnęliśmy?
M.T.: Kluczowe jest, aby inwestorzy zyskali pełną świadomość obecnej kondycji rynku. Ceny wykonawstwa wróciły do poziomów z 2020 roku! Przy dzisiejszych kosztach materiałów i pracy jest to długofalowo absolutnie nie do utrzymania.
Inwestor musi zacząć brać pod uwagę nie tylko suchy koszt budowy, ale przede wszystkim realność jej ukończenia. Dziś niska cena nie jest zyskiem – jest ryzykiem roszczeń prawnych i paraliżu inwestycji.
Co w takim razie powinien zrobić dojrzały inwestor, który chce bezpiecznie wybudować np. halę logistyczną?
M.T.: Musi zmienić optykę z „kto da mniej” na „kto dowiezie projekt”. Warto weryfikować kondycję finansową generalnego wykonawcy, pytać o jego relacje z podwykonawcami, sprawdzić referencje od inwestorów, z którymi już wcześniej realizował projekty, i bezwzględnie odrzucać oferty rażąco niskie. Jeśli coś jest wycenione znacznie poniżej średniej rynkowej, to znak, że na budowie pojawią się problemy szybciej, niż myślimy.
Brzmi to tak, jakby z rynku zniknęło zaufanie.
M.T.: W obecnych realiach rynkowych o partnerską współpracę jest niezwykle trudno. Właśnie dlatego priorytetem dla zamawiających powinno stać się zabezpieczenie płynności realizacji projektu, a nie szukanie pozornych, chwilowych oszczędności. Bez tego rynek czeka fala potężnych zatorów płatniczych.
Znajdziesz nas w Google News





