Gigant motoryzacyjny Stellantis może tymczasowo zamknąć fabryki w USA. Koncern, który jest właścicielem marek takich jak Jeep, Dodge, Chrysler czy Peugeot, znalazł się w centrum poważnego sporu z jednym z kluczowych dostawców komponentów hamulcowych. W tle toczy się walka o ceny, ciągłość produkcji oraz milionowe koszty, które mogą rozlać się szeroką falą na cały rynek.
Stellantis zawiesi działalność fabryki?
Według doniesień medialnych sprawa przybrała już formalny charakter, ponieważ Stellantis skierował pozew przeciwko kanadyjskiej firmie Peterson Spring, czyli firmie odpowiedzialnej za produkcję i dostawy tarcz hamulcowych. Producent aut twierdzi, że został postawiony pod ścianą i zmuszony do zaakceptowania drastycznych podwyżek, które w skali roku mają oznaczać dodatkowe 77 milionów dolarów kosztów. W przypadku braku porozumienia Stellantis może zostać zmuszony do czasowego wstrzymania pracy swojej fabryki w Michigan, gdzie powstają jedne z najbardziej dochodowych i rozpoznawalnych modeli, m.in. Ram oraz Jeep Grand Wagoneer. Dla koncernu, który i tak boryka się z osłabionym popytem w Europie, to kolejny cios w krótkim czasie.
Sprawa ma jednak swoje drugie dno. Peterson Spring broni się, że dotychczasowe stawki były ustalone jeszcze za czasów poprzedniego właściciela – grupy ZF – i od początku były dla firmy całkowicie nieopłacalne. ZF mogło pozwolić sobie na utrzymywanie strat w jednym segmencie, ponieważ nadrabiało je w pozostałych. Tymczasem obecny właściciel Peterson Spring działa w znacznie węższym zakresie i nie dysponuje tak dużą odpornością finansową. Dyrektor generalny Timothy Soergel podkreśla, że firma nie może dalej dostarczać części poniżej kosztów produkcji, ponieważ narażałoby to przedsiębiorstwo na realne ryzyko upadku.
Czytaj też: Stellantis wstrzymuje produkcję w Tychach. Co z pracownikami?
Według jego relacji obie strony próbują się w tej kwestii dogadać już od końca października, próbując wypracować warunki przynajmniej tymczasowego porozumienia. To właśnie wtedy Stellantis wyraził zgodę na jednorazową dopłatę 7,2 miliona dolarów, co pozwoliło utrzymać dostawy do 17 listopada. Termin graniczny jednak nieubłaganie się zbliża, a wciąż nie udało się wypracować trwałego kompromisu.
Firma jest uzależniona od dostawcy części
Patrząc głębiej, problem nie sprowadza się jedynie do jednego dostawcy. Stellantis otwarcie przyznaje w dokumentach sądowych, że w krótkim czasie nie jest w stanie znaleźć alternatywy. Zastąpienie obecnego dostawcy wymagałoby przeprowadzenia pełnego cyklu testów bezpieczeństwa dla nowych komponentów, a to proces nawet dwuletni. Do tego czasu firma jest praktycznie uzależniona od Peterson Spring, co w sporach tego typu mocno ogranicza jej możliwości negocjacyjne.
Napięcie między stronami zwiększa również fakt, że według Stellantisa dostawca miał grozić wstrzymaniem dostaw, jeśli producent nie zaakceptuje ceny dwukrotnie wyższej od dotychczasowej. Firma określa to jednoznacznie jako próbę „szantażu i wymuszenia”, co stało się kluczowym elementem wniosku złożonego do sądu w Ontario. Koncern poprosił o wyznaczenie niezależnego nadzorcy, który przejąłby kontrolę nad zakładem w Woodstock i zapewnił dalsze dostawy niezbędnych części.
Czytaj też: Kryzys budżetowy w USA to kolejne poważne straty gospodarcze
Sytuacja jest więc wyjątkowo napięta. Stellantis stoi przed ryzykiem wstrzymania pracy fabryki i zatrzymania produkcji, co mogłoby sparaliżować dostawy popularnych modeli w Stanach Zjednoczonych i odbić się na wynikach finansowych całej grupy. Koncern liczy jednak, że presja sądowa przyspieszy rozwiązanie sporu, jednak wciąż nie wiadomo, czy druga strona będzie skłonna pójść na kompromis.
Trudne półrocze Stellantis. Spadek dostaw i pierwsza strata od lat





